Wychowanie czyli trening relacji w rodzinie

The following two tabs change content below.

Anna Czupryniak - Fabiniak

Pedagog, coach zdrowia, autorka, trenerka umiejętności psychospołecznych. Wydobywa z kobiet kreatywność, uczy je pogłębiania relacji i wspiera w wyznaczaniu życiowego kompasu. Uważa, że nasz umysł lubi wytyczone ścieżki i funkcjonuje nawykowo. Nasze ciało jest metaforą procesów umysłowych a nasze relacje odbiciem jednego i drugiego.

Ostatnie wpisy Anna Czupryniak - Fabiniak (zobacz wszystkie)

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

postawy

Dopóki nasze dziecko było niemowlęciem, jego potrzeby łatwo było przewidzieć. Odkąd wyrosło z niemowlęctwa i prawie z pieluch, jest znacznie trudniej. Zwłaszcza, że parasola ochronnego nie stosujemy i wystawiamy dziecko na deszcz… emocji.

W domu jestem przede wszystkim MAMĄ (na placu zabaw też) i wraz z Tatą naszego dziecka, stosujemy tzw.: pedagogikę selektywną, opartą bardziej na wysublimowanej zdolności instynktownego wnikania w potrzeby naszego dziecka. Fakt, że komunikacja werbalna, którą opanował Rysio już całkiem nieźle, jest wskazówką znaczącą. Bywają jednak dni kiedy, to co komunikuje nasze dziecko nijak ma się do jego nastroju i faktycznie niewyartykułowanej potrzeby. Staramy się podążać za nim (w sensie jego możliwości rozwojowych), współtowarzysząc mu w doświadczaniu różnorodnych sytuacji, których jest sprawcą lub uczestnikiem. W razie obopólnych wątpliwości, dopytujemy, tłumaczymy, masę czasu poświęcamy na obserwowanie jego zabaw (także w czynnej roli współuczestników), wspieramy jego kreatywność i zapewniamy o naszej miłości.

Tak. Bardzo często mówimy Rysiowi, że kochamy go najmocniej na świecie. Bardzo często wszyscy się przytulamy do siebie i dbamy o jakość wspólnego czasu, bo jego ilość bywa ograniczona.

Nasz styl wychowawczy balansuje pomiędzy partnerskim a demokratycznym, w zależności od naszej formy psychofizycznej. Jesteśmy też zwolennikami wychowania w oparciu o metody działające raczej na podświadomość dziecka, czyli pośrednie. Nasza komunikacja z synkiem jest pełna emocji, czasem burzliwych, bo nie lubimy udawać, że jest nam wesoło, kiedy nie jest. Nie chce nam się bawić, kiedy jesteśmy naprawdę zmęczeni i marzymy o śnie. Uczciwie informujemy wtedy Rysia o naszej gorszej formie i prosimy, żeby wziął to pod uwagę. Ale wiadomo, że raczej zintensyfikuje swoje zachowanie, bo nasz gorszy dzień jest dla niego swego rodzaju wyzwaniem. Są więc dni, kiedy my wolimy ciszę i izolację, a dziecko hałas i wszędobylstwo. My zwalniamy bieg, ono przyspiesza. Kiedy u nas da się zaobserwować brak reakcji żadnej, na niektóre próby zwrócenia na siebie uwagi, to wówczas jesteśmy stawiani pod ścianą. Nasze relacje przypominają wtedy źle dostrojoną orkiestrę, gramy sobie na nerwach.

Nie silimy się na postawę idealnych rodziców, bo tacy nie jesteśmy. W pełni zdajemy sobie sprawę, że nasze napięcie emocjonalne zaczyna udzielać się także synkowi. A wtedy jego zachowania kwalifikujemy do trudniejszych, od reszty.

Kiedy emocje sięgają zenitu, zdarza mi się krzyczeć. Kiedy je wykrzyczę, oddalam się, żeby ochłonąć i skontrolować poziom swojego gniewu. Łatwo to zmierzyć ilością głębokich oddechów, które muszę wykonać. Tym razem było ich chyba ze sto czterdzieści – kwadrans stanu oczekiwania Rysia na to, co będzie potem. Potem wracam, przytulam tak długo trzymając w ramionach, jak tego oczekuje dziecko. Przepraszam i omawiam sytuację sprzed chwili. Wbrew pozorom dwulatek  może być aktywnym rozmówcą i słuchaczem. Mam swoją teorię, że magiczne słowo „przepraszam” i czas poświęcony na wyjaśnienie, „dlaczego?”, jest kluczem do podtrzymania nadszarpniętej wybuchem gniewu, relacji.  Synek nie odrzucił jak na razie żadnych z moich przeprosin. Zarówno tych po wybuchu i chwili ciszy, jak i takich które przychodzą tym łatwiej, im mniejszą siłą napięcia emocjonalnego dysponujemy.

Doświadczenie z krzykiem, niewątpliwie wyniosłam z dzieciństwa. Tak radziła sobie z przelaną czarą emocji moja mama. Tak bywa i ze mną. I wyprowadzona z równowagi kilkakrotnie krzyknęłam na mojego synka. Zawsze jest to dla mnie moment prawdy, co z tego wyniknie, pomimo że jeszcze tego samego dnia, staram się naprawić sytuację.

I wynika z reguły w ciągu kilku najbliższych dni – więcej trudnych zachowań naszego dziecka, bardziej zintensyfikowanych. Dorosły określi je buntem, ale pod tym płaszczykiem jest też strach i próba oswojenia go. To odkrycie, to jak obuch w głowę. Nie wyrażam samej sobie zgody na to, żeby mój synek odczuwał strach przede mną. W tej kwestii, nie mam wątpliwości – krzyk to droga donikąd.

Podobnie jak kara, którą zastosowaliśmy raz czy dwa. Kara to jednak w naszym odczuciu totalny bezsens, nikomu niepotrzebnych dodatkowych, negatywnych emocji, w relacji rodzic-dziecko. Kara nie skutkuje. Karze się winnego, a to oznacza że musielibyśmy stawać się sędziami dla własnego dziecka. Stawiać się w roli, do której nie czujemy się uprawnieni, bo sami jesteśmy producentami niektórych zachowań naszego malca. Poza tym, że sami nie jesteśmy bez winy, nie mamy wątpliwości, że nasze dziecko wie o tym także. Beznadziejnie dołujące nasze samopoczucie po zastosowaniu kary, przyczyniło się do tego, że zrezygnowaliśmy z niej.

Wolimy powiedzieć naszemu dziecku o naszych uczuciach. O tym, jak jest nam smutno, kiedy niegrzecznie się zachowuje. Zmęczeni wyrażamy wątpliwości, że czasem nie rozumiemy, dlaczego Rysio postępuje, tak jakby robił nam na złość.

Choć mamy pewność, że nasz dwulatek po prostu także nie radzi sobie z nadmiarem emocji. I że jego zachowanie wcale nie jest podyktowane premedytacją, tylko niedojrzałością psychiki. A naszą rolą jest nauczyć go radzić sobie z emocjami, w taki sposób, żeby nie zaburzały one jego funkcjonowania na poziomie społecznym. To dlatego teraz preferujemy naturalne konsekwencje.

Nagradzanie popieramy w uczciwej rywalizacji, a nie jako kolejny element w wychowaniu. Naturalność sytuacji, w której konsekwencją zdarzeń jest nagroda, to co innego. Nagrody przyznawane zbyt często i w nieuzasadnionych sytuacjach, wyzwalają bowiem w nas, ludziach – zachowania konsumpcyjne. Stąd nagradzanie bez uszczerbku dla osobowości dziecka, stanowi nie lada sztukę budowania i podtrzymywania własnego wizerunku mądrego, rozsądnego i świadomego rodzica. Uczymy się w tym obszarze.

Chętnie stosujemy pochwały, pozytywne wspieranie dążenia do samodzielności, asertywną odmowę ale zdecydowanie najczęściej stosujemy negocjacje. Podobno według ekspertów, metoda całkowicie nieskuteczna, bo negocjowanie z dzieckiem jest niewłaściwe. Kolokwialnie rzecz ujmując: „negocjuj z dzieckiem palec, a zabierze ci rękę”. Bzdura.

Pojęcie negocjacji w biznesie kojarzy się z twardym windowaniem warunków. Jako rodzice informujemy, proponujemy, a następnie dajemy wybór, ale także rozsądnie nim kierujemy, np.: często na placu zabaw komunikujemy Rysiowi, że czas do domu i prawie zawsze słyszymy stanowcze NIE, nawet jeśli dziecię nasze z przemęczenia brykaniem po drabinkach i ganianiem za piłką, słania się z nóg. Wówczas, mając w pamięci, niejedną zaobserwowaną dantejską niemal scenę, związaną z siłowym zabieraniem dziecka z placu zabaw, umawiamy się z synkiem, że za określoną ilość czasu idziemy. Zwykle wygląda to tak:

- Rysiu, idziemy za chwilę do domu.

- Nieeeeeeeeee! Nie chcęęę!

- Ok,  rozumiem że teraz nie chcesz iść, ale za dwie minuty pójdziemy, dobrze?

 

Tu zwykle następuje cisza i wydawałoby się skupione rachowanie ilości minut vs korzyści, w umyśle Rysia, który nie zna się na zegarku.  A potem pada wyczekiwana odpowiedź – Dobrze.

Czasem jeszcze Rysio negocjuje stawkę z kosmosu, np.: kilo dziesięć, ale ostatecznie umawiamy się na obopólną korzyść. Bez wrzasków, siłowych rozwiązań i przekupstwa.

Nie afirmujemy jedynej drogi do bycia dobrymi rodzicami, bo podobnie jak nie ma idealnych rodziców, nie ma idealnych dróg. Każdego dnia jednak jest nam coraz łatwiej i coraz trudniej zarazem. Coraz łatwiej przyjmować słuszność własnej drogi w rodzicielstwie. Coraz trudniej wysłuchiwać „życzliwych rad”, zwłaszcza od zwolenników autorytarnych metod.

Gdyby każdy rodzic mógł być obiektywnym specjalistą w sprawie własnego dziecka, niektóre zawody nie miałyby słuszności istnienia. Dlatego, że jestem matką dla własnego dziecka, nawet nie staram się być dla niego specjalistą.Owszem moje doświadczenie zawodowe pomaga mi szybciej ogarnąć tematy około rozwojowe i dostrzec ewentualne obszary, w których konieczna jest modyfikacja zachowań czy wprowadzenie konkretnych zmian. Jednak jako mama jestem otwarta na konstruktywne rady. Niewykluczone, że tą otwartość mam wypisaną na czole, bo ilekroć jestem w towarzystwie innych kobiet, które mają dzieci swoje lub pod opieką, słucham monologów wychowawczo-edukacyjnych. Czasem włos jeży mi się na głowie od niektórych, ale jak dotąd żadnej z tych pań nie uświadomiłam, jakimi mitami wybrukowana jest wizja ich macierzyństwa.

Wciąż myślę nad tym, czy aby robię słusznie…

 

 Mama Tata Ono

 

The following two tabs change content below.

Anna Czupryniak - Fabiniak

Pedagog, coach zdrowia, autorka, trenerka umiejętności psychospołecznych. Wydobywa z kobiet kreatywność, uczy je pogłębiania relacji i wspiera w wyznaczaniu życiowego kompasu. Uważa, że nasz umysł lubi wytyczone ścieżki i funkcjonuje nawykowo. Nasze ciało jest metaforą procesów umysłowych a nasze relacje odbiciem jednego i drugiego.

Ostatnie wpisy Anna Czupryniak - Fabiniak (zobacz wszystkie)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×